Jakiś czas temu byłam bardzo mocno wyczerpana. Ciągle goniłam za kolejnymi „dedlajnami”, miałam deficyt czasu, brakowało mi energii i kompletnie wszystko waliło mi się na głowę. W porywie złego samopoczucia, przygnieciona rzeczywistością, napisałam szczery tekst i wzięłam udział w konkursie Wysokich Obcasów „Łap Chwilę”. Zupełnie o tym sobie zapomniałam, aż do czasu, kiedy otrzymałam wiadomość, że zostałam laureatką konkursu.

Dzięki kilku osobistym akapitom, które jeśli macie chęć możecie przeczytać TUTAJ, zdobyłam główną nagrodę. Wygrałam ośmiotygodniowy kurs redukcji stresu MBSR – Mindfulness Based Stress Reduction, czyli redukcja stresu uważnością według prof. Jona Kabat-Zinna. Na tamtą chwilę nie wiedziałam o tym nic i wcale nie zamierzałam jakoś specjalnie się dowiadywać na własną rękę. Zdecydowałam, że będę doświadczać, bez nastawiania się, przygotowywania i wstępnego rozeznania i to była jedna z najpiękniejszych przygód w moim życiu. Przygoda, która ciągle trwa.

Program MBSR został opracowany w klinice leczenia stresu w Massachusetts i obecnie stosowany jest w ośrodkach medycznych, w szkolnictwie, w biznesie, a nawet w sektorze wojskowym (US Marine Corps). Metodyka wypracowana przez Kabat-Zinna oparta jest na świeckich technikach medytacyjnych, wywodzących się z tradycji buddyjskiej. Skuteczność tej metody potwierdzają liczne badania (meta-analiza: Grossman, Niemann, Schmidt i Wallach, 2004). MBSR leczy bądź istotnie wspomaga leczenie  zaburzeń psychicznych i somatycznych, w tym między innymi: zaburzeń lękowych, depresji, przewlekłego bólu, uzależnienia od substancji psychoaktywnych, zaburzeń odżywiania, nowotworów i chorób skóry (m in. Kabat-Zinn, Lipworth i Burney, 1985; Speca, Carlton, Goodey i Angen, 2000; Reibel, Greenson, Brainard i Rosenzweig, 2001). Wykazano również  redukcję stresu, poprawę jakości życia i dobrostanu u osób zdrowych (m in., Shapiro, Schwarz i Bonner, 1998; Wiliams, Kolar, Reger i Pearson, 2001). Jako, że jestem tylko pasjonatką Mindfulness, a nie nauczycielką, chętni niech czytają o Mindfulnes u mądrzejszych głów, na przykład na stronie Instytutu Mindfulness Polim.

Na wiosnę zaczęłam na nowo odkrywać siebie, spotykać się z sobą samą, na nowo uczyłam się odczytywać sygnały z ciała i kontrolować swoje myśli. Wiem, że to wszystko brzmi nieco enigmatycznie, jednak krok po kroku osiągałam swoje własne małe sukcesy. Od samego początku ćwiczenia bardzo mi się spodobały. Na przykład taki bodyscan – ćwiczenie podczas którego leżysz i odczuwasz swoje ciało, doświadczasz uczucia dotyku z tkaniną ubrania, albo możesz pobyć przez chwilę z jakąś niewygodą. Bez oceniania, bez myślenia, tylko z uważnością, otwartością, pełną świadomością. Uważność jest najlepszą metodą, żeby odkryć w sobie siłę i mądrość, a także pokłady spokoju i cierpliwości. Uważność oznacza bycie skoncentrowanym w określony sposób – świadomie, tu i teraz, bez wartościowania i osądów.

Nie będę Wam zdradzać szczegółów kursu, bo przecież jeśli będziecie zainteresowani, sami się zdecydujecie na jego przeżycie, ale dla mnie było to najlepsze, co w tamtym momencie mogło mi się przytrafić. Znacie takie powiedzenie „Nic nie dzieje się bez przyczyny”? To właśnie Mindfulness nie bez przyczyny mi się przytrafił. Odzyskałam wewnętrzny spokój i harmonię, nauczyłam się kontrolować swoje emocje i reagować na sytuacje stresogenne, okiełznałam swoją porywczość i przeprowadziłam kilka ważnych rozmów z uczuciem satysfakcji, że podołałam. Odnalazłam radość życia i energię, której mi brakowało. Uspokoiłam swoją głowę i myślę, że w dużej mierze dzięki temu zaszłam w ciążę i oczekuję teraz dziecka, mimo że to było prawie niemożliwe. Nie mówię, że wszystko stało się samo. Kurs i w ogóle praktyka Mindfulness wymaga wysiłku, samozaparcia i poświęcenia. Medytacje każdego dnia dają jednak niesamowity efekt – to nieprawdopodobne, ale już 30 minut dziennie sprawia, że jest się bardziej zadowolonym, ludzie są bardziej przyjaźni i wszystko się lepiej układa. To na prawdę działa!

Ciekawa świata, a w szczególności wpływów z Dalekiego Wschodu, z chęcią sięgnęłam po pozycję Wydawnictwa GALAKTYKA „Twarzą na Wschód” autorstwa dr n. med. Jingduana Yanga i Normy Kamali. Tym bardziej zachęcająco brzmi napis na okładce „Poczuj się lepiej, wyglądaj młodziej i ciesz się zdrowiem”.

Przekaz książki jest przeważnie spójny i komplementarny do wiedzy, którą już posiadałam, choć dowiedziałam się także kilku nowych rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Bardzo podoba mi się podział na główne działy: ENERGIA (z wyjaśnieniem podstaw teorii, rodzajów energii, ich przepływów i barier), CIAŁO (z uwzględnieniem wagi zmysłów i garścią rad jak dbać o siebie i swoje ciało) oraz UMYSŁ, SERCE i DUCH (jak emocje i duchowość wpływają na zdrowie, wygląd i samopoczucie). Dla osoby, która tematem się żywo interesuje na pewno pozycja będzie bardzo interesująca, jednak dla osób początkujących, wydaje mi się, że będzie zbyt zawiła.

Koncepcja książki polega na rozmowie Normy z lekarzem, zadawaniu mu pytań i przemyśleń Normy na ten temat. Lekarz jest licencjonowanym psychiatrą i uznanym specjalistą medycyny Dalekiego Wschodu, stąd jego wiedza jest rozległa i wiarygodna – jego wypowiedzi są stonowane, wyważone, trafne i do mnie przemawiają, jednak nie do końca odpowiada mi forma książki. Nie mówię, że nie jest ciekawa, jednak mi osobiście przeszkadzają odsyłacze typu: a o tym będzie jeszcze w dalszej części, czytajcie dalej a się dowiecie i w momentach, w których aż się prosi żeby do końca wszystko wyjaśnić, Norma ucina temat i odsyła do dalszego czytania. Trochę mnie to demotywowało do dalszej lektury – co za różnica czy napisze o tym w tym miejscu czy 30 stron dalej? Sztuczne zapychanie tekstu – tego nie robię i osobiście nie lubię. Wydaje mi się też, że książka jest nastawiona na rynek amerykański, który ma trochę inną specyfikę i uwarunkowania (i kulturowe i rynkowe). Medycyna dalekiego wschodu jest tam popularna i powszechnie dostępna – u nas trudno o specjalistów i lekarzy, którzy są prawdziwymi profesjonalistami, a nie samozwańczymi szamanami. Wolałabym możliwie najbardziej rozwiniętą i rzetelną wiedzę z książki, niż szukanie teraz specjalisty, żeby o coś dopytać. Niektóre treści były dla mnie (jako laika) zbyt trudne (np. te meridany) i mogły być lepiej wyjaśnione, no i zabrakło mi takich zwyczajnych rad i praktycznych sposobów na to lepsze zdrowie i młodszy wygląd, które były kreowane w zapowiedziach.

Oczywiście jest to tylko moja opinia i dla kogoś innego, pozycja może być odkryciem roku. Z całą pewnością warto przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie, a ja w skali od 1 do 10, daję jej 7/10.