Nie myślcie sobie, że moje życie usłane jest sukcesami i wszystko mi zawsze wychodzi. Nie zawsze. Zdarza się, że muszę zahamować, może nawet zrobić krok w tył, żeby pójść do przodu. Tak było tego lata.

Mieliśmy ambitne plany, podróż dookoła Europy „Sweet Eurotrip”, ale życie zweryfikowało nasze górnolotne zamiary i spadliśmy na ziemię. Na szczęście. Bo wyjazd na mniejszą skalę brutalnie zweryfikował nasze niezwykle optymistyczne założenia, co do dalekiej podróży.

Miesiąc. Tyle minęło od ostatniego wpisu na blogu. Miesiąc urlopu. Od wszystkiego. W tym czasie publikowałam jedynie dość leniwie zdjęcia na Instagramie, ale mogliście śledzić nasze losy na dość regularnie udostępnianych przeze mnie Instastories. Odpoczęłam, odreagowałam, spędziłam czas z rodziną, w pięknych okolicznościach przyrody, w otoczeniu dobrej energii. Pierwszy raz od kilku lat wzięłam taki prawdziwy urlop od wszystkiego, w tym także od blogowania. Potrzebowałam przerwy, dystansu i naładowania akumulatorów. Choć zapewniam, że zrobiłam ponad tysiąc zdjęć i niebawem podzielę się z Wami kilkoma wspomnieniami, jeśli oczywiście będziecie zainteresowani.

No to dlaczego nie pojechaliśmy w Sweet Eurotrip?

Plany były turbo ambitne, ostatecznie wyszło trochę inaczej. Zamiast w Portugalii, zupełnie zwyczajnie, wylądowaliśmy w Zaworach na Kaszubach. I powiem szczerze, że to najlepsze, co mogło się nam przydarzyć. Już Wam mówię dlaczego. Zaczęło się od tego, że przed podróżą oddaliśmy naszego Volverina do serwisu i okazało się, że wymagał gruntownego remontu. Więcej napisze Wam o tym Tomek, bo ja się tam mało na samochodach znam. Nasz mechanik odradził nam podróżowanie 8k kilometrów samochodem ze świeżo robionym zawieszeniem i silnikiem, bez porządnego przetestowania go na miejscu. Gdyby rozkraczył się np. we Francji albo w Hiszpanii, to mógłby być kłopot. Co ja bym zrobiła z dwójką małych dzieci w 40 stopniowym upale? Abstrahując już od kosztów ściągnięcia wraku, które by nas delikatnie mówiąc pogrążyły.

Specjalnie się nie przejeliśmy, bo jakiś czas temu Tomek sprawdzał koszty wypożyczenia samochodów i koszt wypożyczenia pojemnego rodzinnego samochodu bez limitu kilometrów wynosił coś koło 1,5k (do przełknięcia).  Okazało się jednak, że wypożyczenie samochodu na krótko przed planowanym wyjazdem jest kilkukrotnie droższe. Trochę nas to zaskoczyło i zaczęliśmy myśleć jak wszystko zepniemy. To nie miał być wyjazd „na bogato”, tylko tak zwyczajnie, a najchętniej niskobudżetowo. Planowaliśmy korzystać z kempingów – kupiliśmy fajny namiot, materace, śpiwory, kuchenkę i campingową zastawę. Oprócz tego zarejestrowałam się na portalu dla Couch Surferów. Tak, wiem, pomyślicie, że oszalałam, a ja nawiązałam kontakt z ludźmi, którzy nie dość że chcieli nas przenocować, to jeszcze zgłaszali gotowość do wspólnego gotowania, zwiedzania i dawali nam cenne rady. No i właśnie rady i sugestie osób mieszkających na południu Europy mocno mnie zaniepokoiły. Wszyscy odradzali podróż w sierpniu ze względu na upały, które w tym roku były wyjątkowo uciążliwe. Dało nam to do myślenia. Rozważyliśmy wszystkie za i przeciw i zapadła decyzja o przełożeniu podróży na przyszły rok, na wiosnę, a przetestowanie naszych możliwości podróżniczych w kraju.

Samochód okazał się w pełni sprawny. Mogliśmy nim jechać w dalszą trasę, jednak ryzyko, że coś będzie nie tak nas przestraszyło i obudziło w nas odpowiedzialnych rodziców. Również ze względu na moją cukrzycę, widmo awarii samochodu w upale i skwarze wydawało się być ryzykowne. Samochód wyposażyliśmy w lodówkę, która zabezpieczała moje leki (głównie insulinę, która traci swoje właściwości, kiedy się przegrzeje). Jadąc w upalne południowe kraje, wszystko musi działać na tip top, bez zarzutu.

Zawory welcome to!

Kaszuby to jedyne miejsce w Polsce, które były w stanie wynagrodzić mi tą diametralną zmianę planów. Początkowo chcieliśmy pojechać w tripa po Polsce od Kaszub zaczynając, ale tak było nam tam dobrze, że niemal 2 tygodnie spędziliśmy w tym pięknym regionie. Jestem jeszcze bardziej zakochana w Kaszubach i Pomorzu, niż byłam dotychczas. Przy okazji sprawdziliśmy jak wychodzi nam kempingowanie i podróżowanie z dziećmi na mniejszych dystansach (choć i tak zrobiliśmy ponad 2,5k kilometrów). Już po pierwszej nocy pędziliśmy do Decathlona w Gdańsku, żeby uzupełnić braki w wyposażeniu. Przykładowo, nie mieliśmy młotka do wbijania śledzi (wiem, wiem, kamień, ale gumowy młotek robi robotę), Milena przedziurawiła materac – kupiliśmy nowy, no i wzbogaciliśmy się o nowe dresy – jakoś nie przyszło mi do głowy, że w sierpniu w namiocie nocą może być zimno i można zmarznąć w koszulce bez rękawa i majtkach będąc na dodatek takim zmarźlakiem jak ja 😉

No to był pierwszy kemping w życiu dla 3 z nas. Jedynie Tomek gdzieś tam kiedyś spał pod namiotem, dawno temu jako dziecko. Zatem doznań co nie miara. Rozbijanie namiotu, spanie w różnych warunkach pogodowych (było i gorąco i chłodno, raz była burza z piorunami, innym razem lało całą noc), co rano gotowanie owsianki w polowych warunkach, kawka pita na brzegu jeziora, bezalkoholowa Łomża wieczorkiem, kiedy dzieci już spały. Pojawiła się też kwestia prania i ekspresowego suszenia rzeczy. Dużo się nauczyliśmy.

Obraliśmy centrum Kaszub jako naszą bazę wypadową. Szybko okazało się, że dzieciaki nie ogarniają zbyt długich podróży samochodem i z dużym wysiłkiem były w stanie wysiedzieć w samochodzie dłuższy czas (czyli dłużej, niż 2 godziny). Staraliśmy się zatem korzystać z momentów ich zmęczenia i zmienialiśmy lokalizacje kiedy spali. W podróży przez Europę byłoby to ciężkie, no chyba żebyśmy założyli, że robimy ten dystans w 2 miesiące. Rodzice maluchów wiedzą, jak bardzo zmienia się komfort wypoczynku, kiedy dzieci są zmęczone i niezadowolone. Dodatkowo okazało się, że fotelik Tymka zaczął się kurczyć i nie wystarczać w stosunku do jego potrzeb. Na dłuższym dystansie, obawiam się, że moglibyśmy mieć kłopot. Za to mistrzowski okazał się jego nowy wózek, który kupiłam w świetnej cenie w kampanii na Limango. Składa się do małych rozmiarów, jest lekki, zwrotny i bardzo komfortowy dla wszystkich (i dla Tymka i dla nas).

Zawory to mała miejscowość, typowo letniskowa z przyzwoitymi, pięknie umiejscowionymi kempingami między dwoma jeziorami. Rozbiliśmy tam nasz superancki namiot z Decathlona i to była nasza baza wypadowa. A zjeździliśmy całe Kaszuby wzdłuż i wszerz. Byliśmy w Kartuzach, w Kościerzynie, na zamku w Bytowie, we Wdzydzach, w Szymbarku, w fabryce porcelany Lubiana, w oceanarium, z Gdyni popłynęliśmy katamaranem na Hel, odszukaliśmy miejsca mocy z kamiennymi kręgami w Odrach, Węsiorach i Leśnie, potknęliśmy się o kilka diabelskich kamieni, zdobyliśmy Wieżycę i punkt widokowy Kaszubskie Oko. Jedliśmy raz lepiej, raz gorzej, ale nie próżnowaliśmy.

Kaszubskie jadło

Mam takie przemyślenie, że trudno u nas o prawdziwą regionalną kuchnię i Magda Gessler robi dobrze, pomagając restauracjom odkrywać regionalne smaki. Gdziekolwiek chciałam zjeść coś regionalnego, to było to kłopotliwe. Oprócz śledzi po kaszubsku udało mi się skosztować obłędnych pierogów z kaszanką, grochulców (wersja kartaczy z mięsem w cieście ziemniaczanym) na kiszonej kapuście, zupy rybnej i zupy kaszubskiej chłopki. Oprócz tego oczywiście jedliśmy ryby. W większości restauracji natomiast, zamiast regionalnych specjałów, w menu był placek po cygańsku, schabowy z ziemniakami i zestawem surówek, grillowana pierś kurczaka, a wśród zup rządziły żurek, rosół, pomidorówka i barszcz czerwony. Najgorzej ma się menu dla dzieci, co jest dla mnie zatrważające. W dziecięcej karcie wszędzie jest to samo. Rosół lub pomidorowa, a na drugie danie nugetsy z frytkami i keczupem (nawet bez surówek!), spaghetti bolognese albo ewentualnie coś na słodko (pierogi lub naleśniki). Ciekawe czy w restauracjach na południu Europy też taka monotonia w menu dla dzieci.

Co dalej ze SWEET EUROTRIP?

Temu pomysłowi i przygotowaniom do podróży poświęciłam bardzo dużo czasu. Żeby odświeżyć angielski konwersowałam z Hymanem z Jak się masz Polsko? Znalazłam i umówiłam kilka noclegów w europejskich miastach. Nawiązałam kontakt z ciocią z Francji, która wyjechała z kraju w młodości – swoją drogą bardzo się ucieszyła z kontaktu i czeka nas podróż nad Loarę (już nie mogę się doczekać!). Kupiliśmy namiot, materace, lodówkę samochodową, kuchenkę, czajnik i biwakową zastawę. Zadbałam o lekką i zgrabną spacerówkę dla Tymka, łóżeczko turystyczne, ogarnęłam karty EKUZ, dowody osobiste dla dzieciaków, a także zmierzyłam się z ofertą ubezpieczeniową i znalazłam najkorzystniejszą dla nas opcję ubezpieczeniową. A propos ubezpieczeń, to byłam zaskoczona, że większość towarzystw ubezpieczeniowych ma zwyżki dla osób chorujących na choroby przewlekłe, a tak jest tratowana cukrzyca typu 1. Rozwiązanie podpowiedziała nam Pani z multiagencji ubezpieczeniowej. Tomek i dzieci były ubezpieczone w jednym towarzystwie, a ja osobno w takim, które nie ma zwyżki. Różnica w koszcie takiego ubezpieczenia, więcej niż trzykrotna. Również pod względem cukrzycowym wszystko było gotowe – odpowiednia ilość insuliny zabezpieczonej dzięki lodówce, wkłucia, peny i ampułka długodziałającej insuliny, glukagen, zapas pasków i dodatkowy glukometr.

Dzięki wyjazdowi w kraju, wiemy już, że dalekie trasy nie są najlepsze dla dzieciaków. Znamy nasze mocne i słabe strony. Wiemy, że upały nam nie służą, dlatego wybierzemy się w mniej gorącym terminie, no i podzielimy trasę na krótsze odcinki. Z dziećmi z pewnością nie uda nam się pokonać takiego dystansu za jednym zamachem. Jednak byliśmy zbytnimi optymistami, ale w porę się opamiętaliśmy. Zrobimy kilka mniejszych tripów, aż zjeździmy całą Europę.

Teraz mamy kilka miesięcy na zaplanowanie podróży uwzględniając nasze cenne doświadczenia z tego roku i na wiosnę 2019 ruszymy w pierwszą część Sweet Eurotrip. Jeśli macie dla nas jakieś podróżnicze rady, śmiało piszcie. Jak widać, słuchamy mądrych ludzi i nie zawsze wiemy najlepiej. Urlop zaliczamy do udanych, ale wierzę, że na wiosnę pojedziemy dalej poznawać świat.